Z miłości i z rozsądku

Rajmund Zieliński - kierownik Centrum Zarządzania Technologia w Polskiej Telefonii Cyfrowej Sp. z o.o. - operatorze sieci Era. Po ukończeniu Technikum Łączności dla realizacji marzenia o pływaniu ukończył Wyższą Szkołę Morską w Gdyni i został Radiooficerem Polskiej Floty Handlowej. Po powrocie do Gliwic podjął pracę w Telekomunikacji Polskiej S.A., dzisiaj jest odpowiedzialny, wraz z zespołem za sprawne działanie sieci teleinformatycznej oraz sieci komórkowej Era na terenie całego kraju.


Dlaczego wybrałeś Zespół Szkół Łączności?

Pochodzę z rodziny pozbawionej długiej tradycji kształcenia się, w której dyplom technika był już nobilitacją. Niosłem jednak również ambicje całej rodziny co do mojej przyszłości, zatem myślenie o szkole średniej było niezwykle konkretne i praktyczne. Trzeba było zdobyć zawód, nie zamykając sobie drogi na ewentualne studia. Technikum Łączności miało jedną z najlepszych marek w Gliwicach, jako jedno z nielicznych, jeśli nie jedyne, miało egzaminy wstępne do pierwszej klasy. Było to trudne wyzwanie dla młodego człowieka, ale zrobiłem to z miłości. Moją nieodwzajemnioną miłość do elektroniki zawdzięczam muzyce. Moi starsi bracia słuchali od bardzo dawna mnóstwa muzyki, dorastałem wśród niej. W późnych latach siedemdziesiątych, aby zdobyć dostęp do muzyki odtwarzanej z wysoką jakością, nie wystarczało pójść do sklepu, trzeba było wiele rzeczy zrobić samemu. Robili to moi bracia, pragnąłem robić i ja. Wybrałem szkołę dla wiedzy i umiejętności, jakie chciałem zdobyć, ale nie one zadecydowały o tym, że jestem gorącym orędownikiem „Mojej Szkoły”. Decyduje atmosfera i choć opisuję czasy już nieco odległe, to jestem przekonany, że one nie odeszły. Bo bywam w „Mojej Szkole”, bo uczą tam wciąż ci sami nauczyciele, bo nowi pedagodzy przesiąkają atmosferą Łączności. Oczywiście ona się zmienia, jest coraz nowocześniejsza, lepiej wyposażona, ale to wciąż ta sama szkoła ucząca, ale bardziej jeszcze kształtująca młodych ludzi. Moje zawodowe losy wiele razy stawiały mnie w trudnych i niebezpiecznych momentach. Nie wiem, kim byłbym bez tej szkoły życia w Łączności.

Jak wiedza i doświadczenie zdobyte w ZSŁ przydają Ci się w codziennej pracy?

Szkole zawdzięczam wiedzę. Na studiach wielokrotnie udowadniałem kolegom po ogólniakach jakość nauczania w technikum, umiejętność organizacji pracy i odpowiedzialność. Przecież bawiąc się prądem na zajęciach w licznych pracowniach czy na warsztatach, trzeba było być odpowiedzialnym. O to chyba jest najtrudniej, gdy ma się te naście lat. ZSŁ to szkoła dająca świetne podstawy w burzliwie rozwijającej się branży. W rankingu najbardziej intratnych zawodów telekomunikacja i informatyka przewodzą w Polsce od dłuższego czasu i to nie poprzez niewielkie grupki osób wybitnych, a dzięki wysokiemu prestiżowi branży. Nie jest to zatem piramida, na szczycie której kilku szczęśliwców zarabia krocie, a zawód dający wielu ludziom doskonałą możliwość wyboru konkretnego miejsca pracy i rozwoju. Potwierdzają to zeszłoroczne statystyki wysokości zarobków w Polsce. Moja miłość do elektroniki niestety nie przetrwała próby czasu. Dzisiaj jestem menedżerem, zarządzam dużym zespołem ludzi, a z techniką mam do czynienia jedynie poprzez procedury i algorytmy. Tylko czasem powracam do niej przy okazji domowych napraw, ale to już nie to samo, technologia pędzi do przodu i jeśli ktoś myśli, że szkoła nauczy go umieć, to się myli. ZSŁ nauczyła mnie, jak się rozwijać. To była świetna szkoła, dziś ze swoją nowoczesną bazą, z perspektywami branży jest jeszcze lepsza. Szkoda, że dzisiaj nie mam 15 lat.

Najciekawsze wspomnienie z czasów nauki w Zespole Szkół Łączności?

Były to trudne czasy dla mnie, człowieka w buntowniczym wieku, na dodatek w kraju ogarniętym konfliktem społecznym. Pierwsze oceny to był szok. Stawiano przede mną, przed nami wszystkimi wysokie wymagania, w szkole panowały surowe obyczaje dotyczące zachowań i ubioru, szczególnie nielicznych uczennic. Oczywiście musieliśmy nosić tarcze, a mandaty płacone u Pani Dyrektor za przechodzenie przez ulicę 1-go Maja nie należały do rzadkości, zwłaszcza jeśli goniliśmy autobus do domu. Niestety była to szkoła upolityczniona jak wszystkie w tym czasie, może odrobinę ponad miarę. Nazywano ją czasem „czerwoną Sorboną” , ale w Polsce tamtych czasów duma z Sorbony przeważała nad wstydem z czerwonej. Były pochody pierwszomajowe i czyny społeczne, szczęśliwie przy budowie nowej siedziby naszej szkoły, więc skorzystali ci, którzy uczyli się w nowej szkole, mieszkali w nowym internacie i marzyli nadal o sali gimnastycznej i basenie. Jako młody człowiek oczywiście nie akceptowałem wszystkiego, po wielekroć buntowałem się przeciw temu, co się działo. Mieliśmy jednak i to szczęście, że byli tacy nauczyciele, którzy wiele z nami rozmawiali. Nie wszyscy oczywiście, nie wszyscy nam ufali, nie wszystkim ufaliśmy my. Dziś rozumiem to raczej jako troskę o to, kim będziemy w przyszłości, akceptuję nawet to, że można było dostać „po łapach” za trzymanie rąk w kieszeniach. Wielu moich kolegów nie akceptuje tego do dziś …i pewnie nadal trzymają ręce w kieszeniach.